ul. Bożego Ciała 26, 31-059 Kraków, tel. (+48) 12-430-59-95

Parafia Bożego Ciała w Krakowie

Życiorys z 1862 rok


ŻYWOTY

Ś W I Ę T Y C H

PATRONÓW POLSKICH

X. PIOTR PĘKALSKI

ŚW. TEOLOGII DOKTOR, KANONIK STRÓŻ ŚW. GROBU CHRYSTUSOWEGO


Na dzień 3 maja

ŻYWOT

ŚWIĄTOBLIWEGO STANISŁAWA KAZIMIERCZYKA

ZAKONNEGO KANONIKA

zgromadzenia XX. Lateranenzów, reguły Augustyna św.

~~~~~~~~~~~



W mieście Kazimierzu, które Kazimierz Wielkim zwany, blisko stołecznego miasta Krakowa wystawił, mieszkał Maciej Sołtys, radny kazimierski. Jadwiga jego małżonka, długą niepłodnością zasmucona, w ciężkich westchnieniach przywodziła sobie często na pamięć Annę, żonę Elkany w Starym Zakonie, podobnym niepłodności dotkniętą smutkiem. Wszakże Jadwiga nie traciła nadziei, ale z mężem swym pobożnie i gorąco się modliła, a rozdawając między ubogich jałmużnę, prosiła Boga o upragniony małżeństwa owoc. Jakoż wysłuchał Wszechmocny korne pobożnych małżonków prośby; Jadwiga w podeszłych już leciech powiła syna dnia 27 września 1433 roku, w uroczystość przeniesienia ciała św. Stanisława, męczennika, krakowskiego biskupa. Szczęśliwie urodzonemu dziecięciu dano przy chrzcie św. imię Stanisław, które sobie w tym dniu uroczystym na świat przyniosło. Bogobojni rodzice starych przodków naszych obyczajem, rzucali po trosze na serce syna swego nasiona cnoty i pierwszych zasad wiary świętej; rosło więc pacholę pod bacznym rodziców swych nadzorem. A chociaż Stanisław już w pierwszych życia swego latach, z niewinnego serca swojego wyjawiał rzadkiej pobożności znamiona i zaczął przyiskrzać mądrością w zdaniach, które zwiastowały pięknych nadziei młodzieńca, a które podziwiał nauczyciel w szkole początkowej na Kazimierzu, to jednak rodzice jego bojąc się, aby tej młodej a dopiero rozwijającej się ich roślinki, jaki powiew skażenia nie zaraził, wybrali mu zatem bogobojnego wychowawcę i pod jego dozorem wysłali go do sławnej Akademii Krakowskiej, w której bardzo wielu świątobliwych i uczonych mistrzów wówczas katedry zasiadało. Albowiem wtedy dla ludzi przewrotnych i niedouczonych miejsca w niej nie było. Z wielkim pochopem brał Stanisław nadobne nauki w krakowskiej wszechnicy, a bystrym pojęciem swym celował nad swych współuczniów. Nie przeszkadzała mu do czerpania nauk równie nadobnych, jak teologicznych, przykładna i wrząca w sercu jego pobożność, którą nasiąkł u kolebki swego życia, a którą on u siebie w obyczaj zamienił; ani nawet burzliwy wiek młodzieńczy nie skłonił go ku uronieniu pierwszej niewinności, którą wyniósł z łona swej matki. Bogdaj młodzież dzisiejsza, biorąca nauki w tej starożytnej a niegdy słynnej wszechnicy naszej, nie z taką zarozumiałością w swym wykształceniu, jak raczej z kornym umysłem i sercem, w bojaźni Boga i cnocie usiłowała naśladować świątobliwych przodków swoich, którzy równie jak młódź teraźniejsza byli w naukach gruntownie wykształceni; ale według ówczesnego obyczaju wiernie Bogu służyli, i szło im po Bożemu; ile że cnotliwe i pobożne młodzieńca życie czyni go miłym przed oblicznością Bożą, i wyższy jedna mu u ludzi szacunek i do dziennika potomnej pamięci imię jego podaje.

Stanisław przechodząc korzystnie przez wszystkie umiejętności według przepisanego porządku, wznosił się coraz wyżej po szczeblach nauk do najwyższego ich szczytu. A jako szczep w ogrodzie zasadzony, rozwija się w porze wiosennej, zakwita i oczekiwany przynosi owoc, tak równie on, do nauk pochopny, przy rozwiniętych umysłu swego władzach w r. 23 swego wieku osiągnął wieniec doktora filozofii, a w r. 24 na wyższy stopień doktora teologii postąpił, i od razu zasiadł w akademickiej katedrze; z wielkim pożytkiem wykładał naukę dla kształcącej się młodzieży. Lecz gorąca pobożność jego coraz silniej łaską Bożą ukrzepiana, która prawdziwe sługi Boże wywodzi z labiryntu szumnego świata, ukazując im zawodne jego nadzieje i kruche doczesności szczęście, oraz całą znikomość przelotnej sławy, wznieciła w sercu jego wrzące pragnienie do zakonnego żywota, i uprowadziła go w r. 1456 z akademii do zgromadzenia xx. kanoników zakonu Augustyna świętego, w klasztorze na Kazimierzu przy Krakowie mieszkających, lateraneńskimi zwanych (1). A chociaż przyjaciele jego i krewni odwodzili go od tego zamiaru, on wszakże idąc za powołaniem Bożym, nastawił uszu na głos Ekklezjastyka: "Synu, kiedy przystępujesz do służby Bożej, stójże w sprawiedliwości i bojaźni, a gotuj duszę twoją na pokusy" (r. 2). W nowym życia zakonnego zawodzie, Stanisław odświeżył w sercu swym ważną tę naukę, którą Augustyn święty uczniom swym podaje: "Jeśli chcesz wystawić wielki i wysoki świątobliwości budynek, pierwej pomyśl o fundamencie pokory". Od razu więc jął się tej cnoty, a osadziwszy na jej gruncie wszystkie ćwiczenia zakonnego żywota: wypuścił z pamięci sławę z nauk, które w wyższym posiadał stopniu, oraz zaszczytny wieniec doktorski, który w akademii na skronie jego włożono; a natomiast schylił się ku najpospolitszym posługom klasztornym. A jako kłos, im jest liczniej żytnym napełniony ziarnem, tym bardziej chyli się ku ziemi, tak niemniej on gruntownie wyuczony, nie nadymał się swą nauką, ani się nad drugich nie wywyższał. Skoro Stanisław zmienił zawód życia i suknię świecką na zakonną, starał się zarazem zmienić i obyczaje, a wznosić się co dzień wyżej na drodze cnoty do doskonałości zakonnej (2). I aby z rocznej próby życia zakonnego wyszedł z wieńcem cierpliwości, ochoczym i kornym sercem padał na kolana przed mistrzem swoim, przyjmując od niego nieraz niezasłużone upomnienia, a każdego zakonnika czcił i wysoko cenił. Kapłanów panami swymi nazywał. Usługę chorym czynioną za rozkosz poczytał; prześladowanie i szyderstwa od młodszej braci swej cierpliwie znosił. A chcąc uskromić chytrość szatana, często spowiedź ze łzami czynił, i ścisłym postem stłumiał podnietę ciała, tyle tylko pokarmu zażywając, ile utrzymanie sił żywotnych wymagało. Po załatwieniu klasztornych zatrudnień resztę czasu obracał na gorącą modlitwę, rozmyślanie tajemnic srogiej męki i śmierci Zbawiciela, i na czytanie ksiąg pożytecznych z taką pilnością, że zawsze był jakimś zatrudnieniem zajęty. A kiedy spostrzegł, że z własnej winy nie dopełnił jakiego obowiązku, który z ustaw zakonnych wypływał, albo też, że nie zaraz wypełnił nakaz mistrza swojego, za te uchybienia on sam karząc się, dyscypliną srogo chłostał swe ciało.

Oddalał on od siebie wszelkie płoche myśli i znikome próżności świata, a natomiast wrzącą w sercu miłością ku Bogu wzniesiony, Nim się cały zajmował. Założyciele zakonów pragnąc powściągnąć bracią swą od próżnych gadek, które torują drogę do czernienia sławy bliźniego; dla zapobieżenia zatem tej nagannej przywarze, zaprowadzili w klasztorach w niektórych godzinach chowanie ścisłego milczenia. Stanisław dla zbudowania drugiej braci, przykładnie przestrzegał tego obyczaju. Gdy mistrz nowicjuszów, w rozmowie o zakonnych obyczajach, wytykał im niektóre usterki od ich powołania, a do poprawy życia zachęcał: Stanisław nigdy się nie uniewinniał, ale w głębokim ukorzeniu przyjmował naukę. Miał on na celu osiągnienie szczęścia wiecznego, więc na jego zarobek wszystkie czyny swoje poświęcał i urządzał. Skoro ukończył rok nowicjatu przy wykonaniu ślubów zakonnych, złożył wolę swoją u stóp przełożonego, i od tego czasu tym ściślej woli jego dopełniał, stosując się do nauki Grzegorza świętego, że posłuszeństwo jest silną podporą wszystkich cnót zakonnych, że człowiek przez posłuszeństwo składa Bogu miłą z woli swej ofiarę, według słów Samuela proroka: "Lepsze jest posłuszeństwo, niż ofiara". Dla dopełnienia uroczyście wykonanego ślubu czystości, Stanisław przezornie urządzał wszystkie skinienia swej żądzy, którą nieprzyjaciel zbawienia budził w jego myśli, by tę cnotę nienaruszoną zachował. Wiedział on o tej niezaprzeczonej prawdzie, że mu się na nie wiele przyda chodzić w białej sukni, jeśli nie będzie ściśle przestrzegał nieskażonej czystości ciała i sumienia swego. Skrzętnie zatem usiłował duszę swą i sumienie w takiej przed obliczem Bożym zachować niewinności, jaką biała jego suknia przed okiem ludzkim okazuje, oraz, by spełnił słowa Pisma świętego: "Wszystka chwała tej Córki królewskiej wewnątrz" (3). Tak więc, aby jego czystości ani burza pokus zachwiać, ani rozetlała żądza w ciele zniweczyć nie mogła, ścisłym postem stłumiał podnietę rozkoszy, na gołej ziemi na kamieniu pod głową w nocy pokrzepiał się spoczynkiem, a po krótkim śnie wstawał i ciało swe dyscypliną srogo chłostał.

Według nauki Chrystusa i ustawy Augustyna św., która nie dozwala jego zakonnikom posiadać nic własnego, ale wszystko spólne; tej społeczności zakonnej skrzętnie przestrzegał. Jakoż Zbawiciel włożył ten nakaz na uczniów swoich: "Nie miejcie złota, ani srebra, ani pieniędzy w trzosach waszych" (4). A Grzegorz Wielki pisze: "iż te są prawdziwe bogactwa nasze, które nas życiem cnotliwym bogatymi czynią". Mógł wprawdzie Stanisław, w wyższych wykształcony naukach, osiągnąć donośne probostwo zakonne, ale on wyżej cenił społeczne życie, niźli doczesne dochody, i aby się Zbawicielowi więcej podobał, żadnego nie przyjął.

Wszakże ten prawdziwy mędrzec, który dawniej swym geniuszem w akademickiej katedrze zadziwiał słuchacza, a potem w klasztornym ustroniu pokorą osłonił swój talent, nie mógł długo taić swej nauki. Albowiem przyjąwszy kapłańskie święcenie, przede wszystkim o to się gorąco starał, by w kościele Bożym zajaśniał pracą i życiem świątobliwym; by się stał według powołania Bożego, prawdziwym sługą ołtarza, czynnym robotnikiem w winnicy Pańskiej, a mądrym szafarzem skarbów zbawienia. Czynił on sobie często tę uwagę: "Patrz, że człowiekiem jesteś, a urząd Boski na ziemi sprawujesz; rozważ, czego tak wysoki urząd i godność od pomazańca Bożego wymaga. Byłeś przedtem prywatnym człowiekiem, na ustroniu żyjącym, teraz wystawiono cię na świeczniku, jako kaganiec zapalony; starajże się, abyś jaśniał życiem świątobliwym w przybytku Bożym; bo ta godność zupełnie odłączyła cię od świata i od ludzi za znikomością jego goniących, a z Bogiem ściśle spoiła; odtąd już wszyscy na ciebie swe oczy obrócą; patrz, abyś każdemu twą pobożnością do życia cnotliwego przodkował".

Z jakimże to podziwem patrzyli wszyscy, kiedy Stanisław z żywym serca rozczuleniem gotował się do Mszy świętej, i łzami zalany odprawiał tę nieocenioną ofiarę okupu ludzkiego rodzaju (5). A kiedy po upływie pięcioletniego zamieszkania jego w klasztorze, pod posłuszeństwem włożono nań obowiązek kazywania z kościelnej mównicy, to ważne kaznodziei powołanie tak silną bojaźnią ogarnęło jego sumienie, mając nie tylko około swego, ale też około bliźnich swych pracować zbawienia, i dusze słowa Bożego złaknione nasycać, że z całym serca zapałem gorliwie pracował około poprawienia skażonych ludu obyczajów. Pełną a treściwą wymową z kazalni zamarłe i skrzepłe serca słuchaczów budził i do pobożności zagrzewał; ciężko grzeszących do skruchy i pokuty nakłaniał; błądzących na drogę prawą nawodził; złośliwo-mściwe i twarde serca łagodnością, dobrocią i miłością miękczył, i do przebaczenia winy bliźnim swym zachęcał i zniewalał. Na jego kazania nie tylko powszechność przychodziła, ale też i z Krakowa przybywali w duchu łaski uczeni mężowie; do nich on gładkim stylem przemawiając, wnurzał się z pochodnią prawdy Bożej w głębię ich serca i sumienia, i z niego na oczy wymiatał niedbalstwem uśpione błędy i zastarzałe nałogi grzechowe. A idąc za nauką Grzegorza Wielkiego, którą ten Ojciec Kościoła podał kaznodziejom, mówiąc: "że do królestwa wiecznej chwały nie wnijdzie ten, kto pierwej czynem nie dowiedzie, czego sam naucza": Stanisław pierwej własnym czynem dawał budujące przykłady tego, czego nauczał w świątyni Pańskiej. Cóż mówić o sprawowaniu świętego sakramentu pokuty, kiedy Stanisław zasiadł na tej stolicy sprawiedliwości i miłosierdzia, z taką słodyczą serca i gruntowną nauką krzepił znękane grzechem sumienia swych penitentów i do szczerej skruchy zagrzewał, że prawie każdy łzami zalany, z nauką i pociechą od niego odchodził.

Oprócz kazywania z ambony włożono na Stanisława obowiązek nauczyciela młodszej braci w klasztorze. Jeżeli dawniej z pochwałą wykładał lekcje w Akademii Krakowskiej i tam poił się nadzieją, że na wyższy stopień profesora postąpi, i większą nagrodę doczesną osiągnie za pracę swoją; tu w nauczaniu podwoił swą gorliwość, nie dla doczesnej nagrody, ale szczerą ku braci swej wiedziony miłością, by gruntownie i korzystnie oświecił umysły uczniów swych, i w nich zaszczepił bojaźń Bożą, rozwinął całą zdolność swego geniuszu. Przydano mu zarazem urząd mistrza nowicjuszów, czyli młodzi zakonnej, która wybrnąwszy z odmętu burzliwego świata, zwykle tuli się w klasztornym zaciszu, odbywając roczną próbę życia zakonnego. Stanisław troskliwy o wychowanie nowych krzewów zasadzonych w winnicy Pańskiej, nauką i dobrocią okrzesywał wymykające się z ich umysłu i serca światowe skłonności i przywary; a budującym przykładem swym przodkował im do posłuszeństwa, pobożności i pokory, nieocenione korzyści wywodząc z zachowania ustaw Augustyna świętego. Mówił im, że każdy zakonnik winien poświęcić wszystkie życia swego chwile dla osiągnienia swej duszy szczęśliwości wiecznej; że gruntowna pobożność i prawdziwa cnota czynią zakonnika miłym Bogu; a u ludzi wysoki jednają dla siebie szacunek. Świątobliwy ten sługa Chrystusów wszystkie czyny swe obracał ku powiększeniu chwały Bożej, aby najwięcej zasług dla siebie i dla bliźnich swoich w Bogu położył. A ile mu od tych zatrudnień zostawało czasu, ten cały obracał na pobożne rozmyślanie tajemnic Bożych, skąd duchowną poił się rozkoszą. Nie tylko Stanisław w kościele Bożego Ciała, bardzo często całe noce trawił na gorącej modlitwie i na odmawianiu całego psałterza przed jutrznią; wychodził on także i do innych kościołów dla pokrzepienia swej duszy gorącymi modły, i tam w głębokiej rozwadze dobrodziejstw Bożych podnosił swe serce ku Maryi w rzewnych rozczuleniach swego umysłu.

Ale prawdziwa cnota i gorąca pobożność, według nauki św. Pawła apostoła, zawsze prześladowania doznaje: "Wszyscy, mówi on, którzy chcą pobożnie żyć w Jezusie Chrystusie, prześladowanie cierpieć będą" (6). Stąd więc głęboka jego pokora, wrząca w sercu miłość ku Bogu, gorące modlitwy i ścisły żywot jego, nie podobały się ludziom przewrotnym, którzy odmiatają od siebie nie tylko rady ewangeliczne, wynoszące człowieka do wyższej doskonałości życia świątobliwego, ale nawet istotne wypaczają nakazy Boskie, naciągając je do okoliczności życia własnego, tworzą dla siebie nową religię według swego upodobania, a tak cofają się wstecz od prawdy Bożej, właśnie jak raki od światła. Tego to rodzaju ludzie uszczypliwymi słowy czernili sprawy jego cnotliwe, osobiście dotykali go przymówkami, przesądzali ścisłość jego żywota, chociaż ich nikt nie ustanowił sędziami życia bliźniego. Ale Stanisław idąc za nakazem i przykładem Zbawiciela (7), z serca przebaczał urazę bliźnim swoim, i modlił się za swych prześladowców.

Te czyny wysłużyły dla niego u Boga nadprzyrodzoną pociechę, zwłaszcza gorąca jego pobożność na cześć swego patrona Stanisława św. krakowskiego biskupa, szczególniej podówczas, gdy zwiedzał miejsca na Skałce, krwią jego męczeńską uświęcone, a które wszechmocność Boska za przyczyną tego męczennika, cudami wiernemu ludowi udzielanymi rozsławiła. Kiedy dnia jednego gorąco modlił się Stanisław w kościele na Skałce, miał w duchu swym objaw cudowny: Najświętsza Boga Rodzica ukazała mu się piastująca Syna swojego, a z nią Stanisław św. męczennik w biskupim aparacie, w licznym świętych Pańskich orszaku; i w duszy swej słyszał głos do siebie mówiący: "Ciesz się synu mój Stanisławie z gorącego nabożeństwa twojego, którym mnie i Stanisława patrona twojego czcisz nieustannie: mówię ci zatem, statecznie postępuj na drodze twej pobożności i nie ustawaj w twym przedsięwzięciu. Ciebie bowiem czeka z świętymi moimi w niebie obfita nagroda". Po tym objawie Stanisław wzniósł się na wyższy świątobliwości stopień; jego serce zawrzało żywszą pobożnością, tak, że ją bracia zakonni wielce podziwiali, i on tym zagrzany pocieszeniem, nieraz do siebie mówił, jak niegdy matka św. Jana Chrzciciela: "I skądże mi to, że przyszła do mnie matka Pana mojego". Od tego też czasu, jakby po duchownych przerodzinach, głębiej zanurzał się w rozwadze bolesnej męki i śmierci Zbawiciela, i wysoko cenił nieskończone Jego miłosierdzie, z którego podjąć raczył okrutną śmierć na krzyżu sromotnym. Rozdmuchując Stanisław w sercu swym ten zapał miłości Bożej, rozgorzał nim cały, i mówił z Dawidem: "Zagrzało się serce moje we mnie; a w rozmyślaniu moim zapalił się ogień" (8). Przywodził prócz tego na pamięć słowa apostoła Pawła świętego: "Nie daj Boże, abym się chlubić miał, jedno w krzyżu Pana naszego Jezusa Chrystusa" (9). Niechaj drudzy chlubią się z bogactw, z zacnego urodzenia, z mądrości światowej; niech się nadymają dostojeństwy i wysokimi urzędy; moja zaś cała chluba w nieocenionym skarbie, Zbawicielu moim, Odkupicielu ludzkiego rodzaju. I od owej to błogiej chwili świętobliwy ten mąż, owiany duchem miłości Bożej, gorliwiej coraz postępując na drodze pobożności, a widząc zakon swój w ustawach swych nieco rozwolniony, umyślił zatem, dla przykładu swej braci, jeszcze ostrzejszego jąć się żywota. Ścisłym postem i włosiennicą martwił swe ciało; często chłostał je dyscypliną, w późną noc przedłużał modły i nabożeństwa swoje, tak ściśle, że od umartwień wybladła twarz jego i postać śmiertelną przybrała. Gdy według zakonnego obyczaju na obiad zadzwoniono, szedł on ochotnie, ale raczej dlatego, by czytaniem książek religijnych duszę swoją podczas obiadu ukrzepiał, niżeli dla posilenia pokarmem ciała swojego. Chował on w pamięci naukę św. Pawła apostoła: "królestwo Boże nie jest pokarmem i napojem" (10). Post wielki i adwentowy ściśle zachowywał. Albowiem w tygodniu dwa razy tylko chlebem i wodą zasilał swe ciało. Drudzy bracia zakonni, widząc w mistrzu swoim tę pobożną od pokarmów powściągliwość, naśladowali jego obyczaj. Swoje zatem porcje posyłali ubogim, dla których furta w tym klasztorze była otwarta; bo miłość ku bliźniemu owładnęła serca tych zakonników. Stąd więc przed każdym obiadem powtarzają słowa z listu św. Jana apostoła wyjęte: "Bóg jest miłością; a kto mieszka w miłości, w Bogu mieszka, a Bóg w nim" (11). A wywdzięczając się pobożnym fundatorom za przekazaną jałmużnę, dzielili się z ubogimi ułomkiem chleba i częścią swych porcyj, by równie żebractwo, jak oni, modliło się za ich dobrodziejów.

Właśnie w owym piętnastym stuleciu, za jego czasów żyło pięciu świątobliwych mężów w Krakowie. Za prawdziwą rozkosz poczytał sobie Stanisław obcowanie z Izajaszem Bonerem, augustianinem; z Janem Kantym, profesorem w Akademii Krakowskiej; z Szymonem z Lipnicy, bernardynem; z Michałem Gedrojcem, zakonnikiem xx. kanoników przy kościele św. Marka; ze Świętosławem, mansjonarzem przy kościele Najświętszej Panny Maryi w Rynku Krakowskim. Wzajemne a pobożne tych bogomodlców rozmowy ukrzepiały ich serca, i podnosiły je ku coraz wyższej życia świątobliwości; a ta zamieściła ich w gronie wybranych do wiecznej chwały. Stanisław, za przykładem swych towarzyszów, nauki swoje pobożnym utwierdzał życiem. Uzbroił on się w taką cierpliwość, że ani ciężkie prześladowanie od obcych ludzi, co dobre bliźnich wypaczają uczynki, ani ścisły żywot jego, żadnej na umyśle jego nie uczynił zmiany; owszem często mawiał: "Jeszcze to wszystko mało w porównaniu z tym, co za wiarę święci znosili męczennicy; jeszcze tu bardzo daleko do srogiej śmierci i przelania krwi dla Chrystusa; sromałbym się jakiegokolwiek użalania się na dolegliwości i uciski".

Kiedy ten świętobliwy kapłan, przez trzydzieści trzy lat w zakonie, pełne umartwienia wiódł życie; gorliwą pracą, czuwaniem i ścisłym postem, nie tylko osłabił, ale nawet wyczerpał siły żywotne, zwłaszcza co dopiero odprawionym Wielkim Postem, w którym on żadnej potrawy z nabiałem nie chciał zażywać; a po świętach wielkanocnych odmienne potrawy już go ukrzepić nie mogły: stąd ciężko zachorował, tak, że go ta choroba do śmiertelnego w imfirmarii łoża złożyła. Na tym samym miejscu, na którym pierwej żegnali się z nim umierający zakonni ojcowie, leżąc w imfirmarii, zaczął skrzętnie przeglądać cały bieg życia swojego, i tu przywiódł sobie na pamięć owe zbawienne słowa Proroka, dla naszej przestrogi w imieniu Boga wyrzeczone: "Gdy wezmę czas: ja sprawiedliwości sądzić będę" (12). A gdy bracia zakonni na chwilkę wydalili się od niego z infirmarii, on zaczął żywo rozważać te słowa Psalmisty, rzewne łzy ronić i lękać się sprawiedliwego sądu Bożego, w gorącej modlitwie polecając się nieskończonemu miłosierdziu Bożemu. Podczas tych serdecznych jego westchnień, ukazał mu się w wielkiej jasności Zbawiciel, z pięcią ranami, jakby po chwalebnym zmartwychwstaniu, z Najświętszą Panną, w orszaku świętych Patronów naszych, i powiedział mu: "Wstań i pospiesz się synu mój, Stanisławie! dziś będziesz ze mną w wiecznej chwale". Kiedy ten objaw cudowny zniknął, wstał Stanisław, acz śmiertelną złożony chorobą, zaczął głośno składać Bogu dzięki za to nadprzyrodzone zjawienie. Na głos jego przybiegli ojcowie, a Stanisław prosił ich usilnie, aby go Najświętszym opatrzyli Ciałem i Krwią Zbawiciela na drogę wieczności, i opowiedział im cudowne to Chrystusa zjawienie; potem żegnał się z wszystkimi i czule do nich przemówił słowy św. Pawła: "A teraz poruczam was Bogu i słowu łaski Jego, który mocen jest zbudować i dać dziedzictwo między wszystkimi poświęconymi" (13). Te wyrazy do łez rozrzewniły bracią zakonną; on atoli okazał radość wielką na twarzy, że już nadeszła chwila, w której porzuci więzy ciała i zakończy doczesnego życia wędrówkę. A przyjąwszy pobożnie święte Sakramenta, potem wkładał ręce na każdego brata zakonnego i błogosławił im, modląc się za nich i za naród swój; a widząc łzami zalanych, padł na kolana, podniósł swe ręce na kształt krzyża, tak klęcząc z wzniesionymi ku niebu oczyma, tymi modlił się słowy: "Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, w najświętsze ręce Twoje oddaję duszę moją". W tej klęcząc postaci, dokonał świętobliwego żywota, dnia 3 maja 1489 r. w uroczystość znalezienia Krzyża świętego, przeżywszy lat 55, miesięcy 7, dni 7, w zakonie lat 33 i 6 miesięcy.

Po śmierci tego męża, bolesny smutek owładnął umysły wszystkich, a szczególniej braci zakonnych. Mieszkańcy Kazimierza i Krakowa gromadnie przychodzili odwiedzać czcigodne zwłoki Stanisława. Na pogrzeb jego zgromadził się wielki poczet kapłanów i niezliczona powszechność pobożna; a każdy cisnął się ku ciału jego, pragnąc oddać mu ostatnią usługę w przeniesieniu go pod kamień grobowy; świątobliwe bowiem życie jego silnie ujęło serca wszystkich, więc też wszyscy chcieli uczcić go przyzwoitym żałości okazem (14).

Bracia zakonni pochowali czcigodne zwłoki Stanisława w grobie, w małym chórze kościelnym przy zakrystii, w północnej połaci, blisko ołtarza św. Marii Magdaleny. W tym samym roku, w którym Stanisław życie zakończył, Bóg cudowny w świętych swoich, dla pociechy jego braci, udzielił łaskę swoją Reginie, małżonce Klemensa Czarnego, sukiennika na Kazimierzu, długi czas ciężko chorującej. Tej objawił się Stanisław we śnie: "Czego tu, rzecze, leżysz w twej niemocy? wstań a odwiedź grób mój, a będziesz uzdrowioną, i powiedz braciom moim, aby kobiercem nakryli grób mój". Chora zebrawszy resztę sił swoich, wstała i z wielką trudnością udała się do grobu Stanisława. Skoro uklękła na grobowym kamieniu, w tym zaraz momencie została uzdrowiona. To nagłe przywrócenie zdrowia Reginie, nabrało w powszechności rozgłosu; przychodził potem zewsząd lud do grobu Stanisława, i tu w przygodach swych odbierał od Boga, za przyczyną sługi bł. pociechę i sił swoich ukrzepienie. Kiedy niedługo po swej śmierci Stanisław zaczął jaśnieć cudami, bracia zakonni, za pozwoleniem władzy diecezjalnej, podnieśli szczęty jego z grobu i umieścili je ułożone w skrzynce półtora łokcia długiej, na kościelnej posadzce w małym chórze, przy ołtarzu Marii Magdaleny. Tę skrzynkę murem obwiedli, a na położonym na wierzchu kamieniu pokrywającym grobowiec, kazali wydłutować wizerunek Stanisława, w stroju zakonnym, z napisem: "Hoc conclusa jacent divi Patris ossa sepulchro Stanislai, hac Casimiria degente erecti cujus gestorum miranda cerne trophea". Ten pomnik niedługo potem jeden obywatel z familii Jordanów obwiódł żelazną kratą.

Szczęśliwy, zaiste, był rok zgonu bł. Stanisława. W tym bowiem roku król Kazimierz Jagiellończyk wyprawił przeciwko najezdnym Tatarom swe rycerstwo, a na jego czele postawił syna swego Jana Alberta, któremu Stanisław, właśnie przed swą śmiercią udzielił błogosławieństwo. Jakoż wódz ten znamienity, po odebranym błogosławieństwie, poraził pohańców pod Koperstynem, bogate łupy zabrawszy; i po raz drugi przy rzece, Sawrany zwanej; i po trzeci raz, gdy się pohańcy swej porażki mścić chcieli, gdzie ich śnieg wielki zasypał. Polacy doszli ich za śladem, i zupełnie znieśli najezdne te hordy tatarskie. Wszakże Jan Albert nie wypuścił z pamięci owego błogosławieństwa; i tak król Kazimierz jako też Jan Albert łaską swą i przywilejami, klasztor XX. Lateranensów hojnie obdarzyli.

Kiedy podniesione zostały z grobu Stanisława szczęty, lud pobożny często zwiedzał grób jego, i w rozmaitych życia przygodach i ciężkich chorobach odbierał pociechę i nagłe uzdrowienie. Po upływie lat 146 czcigodny X. Marcin Kłoczyński, kanonik katedralny krakowski, wszedł w powołanie zakonne XX. kan. Lateraneńskich na Kazimierzu; a zostawszy proboszczem kościoła Bożego Ciała, mąż ten znamienity i wielce pobożny w r. 1636 własnym nakładem rozpoczął i z gruntu wymurował klasztor, a przy kościele wysoką wystawił wieżę, jako też wielki a wspaniały ołtarz, który dziś widzimy, oraz mniejsze ołtarze, bogate aparaty, i inne ozdoby. Kiedy według rozkładu stawiał nowe stalle, wypadało mu zatem znieść dwa poboczne ołtarze, a tak otworzyć grób Stanisława. Za zezwoleniem X. Szyszkowskiego, krakowskiego biskupa, odkrył tę na posadzce umieszczoną trumienkę i w niej znalazł szczęty Stanisława poprzekładane rozmarynem, który jeszcze świeżość swą zachował. To błog. szczętów odkrycie uczyniono w obecności dwu Notariuszów apostolskich: X. Marcina Wolbrama i X. Jana Frączkowicza, i niektórych radnych kazimierskich. Błogosławione szczęty oczyszczone, złożył do drewnianej z modrzewiu trumienki; a tę do cynowej włożywszy, przeniósł je do wielkiego chóru i umieścił w nowym grobowcu, blisko ołtarza ukrzyżowanego Zbawiciela, od strony północnej, w przytomności licznego duchowieństwa i ludu z Krakowa i Kazimierza; i tu po dziś dzień na ołtarzyku ku czci jego wystawionym spoczywają.

W pierwszym zaraz roku po zgonie Stanisława, przeszło 160 osób od rozmaitych chorób uwolnionych zostało; a nawet ciężką i śmiertelną złożone chorobą osoby, u grobu jego nagłe i zupełne uzyskały zdrowie. Niektóre tylko wymienimy tu uzdrowienia łaski.

Małgorzata małżonka Jana Wrolicha kazimierskiego obywatela, z wielkiego bólu oczu, wzrok utraciła; skoro uczyniła ślub, iż odwiedzi grobowiec Stanisława z ofiarą woskową, i że 50 pacierzy odmówi u grobu jego, zaraz się lepiej mieć zaczęła, a po dopełnionym ślubie uzyskała władzę widzenia.

Jakub sługa przy kościele św. Leonarda, za murami kazimierskimi, długo chorując, cały spuchnięty, już konał; X. proboszcz miejscowy, podał mu świecę do ręki i upomniał go, aby się ofiarował do grobu Stanisława Kazimierczyka; chory westchnął serdecznie i ślub uczynił. Od razu puchlina znikła, chory ozdrowiał, i ślub spełnił daną jałmużną na Mszę św.

Dziewica Katarzyna, córka Stanisława Miroszka z Kleparza, u grobu Stanisława uwolnioną została od wielkiej choroby (epilepsis), którą długi czas z niebezpieczeństwem życia cierpiała. – Świętosława, wdowa, z Kazimierza, z nieznośnego bólu głowy zupełnie ogłuchła, u grobu jego słuch odzyskała.

Paweł Kraus, od mostu królewskiego na Stradomiu, i żona jego Anna, tak bardzo zostali otruci, że lekarz królewski Regala, nie chciał podjąć się ich leczenia, widząc znamiona silnie działającej trucizny, i dziwił się, że tak długo żyć mogli, już tylko śmierci oczekując. Wszakże z porady swego sąsiada ofiarowali się do grobu świętobliwego Stanisława z jałmużną na Mszę św. i z woskowymi świecami, i uzdrowieni zostali.

Jakub, kmieć z Pychowic, z wielkiego bólu oczu, wzrok utracił; uczyniwszy ślub do grobu bł. Stanisława ze świecą plecioną, i z wizerunkiem oczu woskowych i Mszą św., od razu wzrok odzyskał.

Anna, małżonka Pirchariusza z Krakowa, urodziła nieżywe dziecię. Skoro poślubiła je Stanisławowi u Bożego Ciała z ofiarą na Mszę św. i z wyrobioną dziecięcia postawą z wosku, nieżywe dziecię zaraz ożyło i ziewać zaczęło.

Piotr, zwany Turek, sukiennik z Kazimierza, jadąc pewnego czasu do Sącza ze suknem na jarmark, wjechawszy pomiędzy góry, wtem zbliżył się ku niemu jakiś człowiek, czyli też diabeł w postaci człowieczej, jedź, rzecze, za mną, pokażę ci prostą i krótką drogę. Puścił się za nim; a wyjechawszy na wysoką i spadzistą górę, tu znikł przewodnik. Piotr nie widząc nikogo, Bogu się polecił i błogosławionemu Stanisławowi, kazał woźnicy pohamować koła u wozu, i jak najlżej wóz spuszczać na dół; skoro wóz ruszył z miejsca, spadł od razu na dół z końmi i woźnicą, bez najmniejszego koni i woźnicy uszkodzenia. Gdy Piotr z drugiej strony góry, zaledwo się zczołgawszy, przyszedł ku nim, rzekł mu woźnica: wielkie się z nami cuda Boże stały, żeśmy żadnej szkody w tak złym nie ponieśli razie, zdawało mi się, żem nie spadł, ale właśnie jakby mnie ktoś lekko zniósł na dół. Następnej nocy ukazał się we śnie Piotrowi jakiś mąż sędziwy, podziękuj, rzecze, Panu Bogu, że cię dla zasługi bł. Stanisława, którego szczęty w kościele Bożego Ciała na Kazimierzu spoczywają, od szkody zachował. Postaraj się, aby za to, na chwałę Boga, jedną Mszę św. odprawiono.

Stanisław, syn Peczkrauza z Kazimierza, z oberwania się ciężko chorując, już prawie konał. W tym niebezpieczeństwie życia, matka jego ofiarowała go do grobu bł. ojca Stanisława; dała jałmużnę na Mszę św. na intencję chorego, i jedną świecę woskową; od razu ozdrowiał. – Karczmarz z Łagiewnik, Chudym zwany, ciężko chorując, już był świętymi Sakramentami opatrzony, w każdą chwilę śmierci oczekiwał. Z porady pewnego kapłana, uczynił ślub do grobu bł. Stanisława u Bożego Ciała, z ofiarą na Mszę św. i świecą woskową, i zaraz ozdrowiał. Nagłe to uzdrowienie zaświadczył tenże kapłan, który odwiedziwszy chorego po spełnionej ofierze, nie zastał go w domu, ale na polu pracującego. Mikołaj Sokołowicz, rybak z Podbrzezia kazimierskiego, człowiek już stary, długi czas był ślepym; żona jego wielce ubolewała nad kalectwem starca, ofiarowała go do grobu bł. Stanisława, z woskową świecą i z wizerunkiem dwu oczu woskowych. Skoro go do grobu przywiodła, wzrok odzyskał.

Ograniczamy się na kilku wymienionych tu uzdrowieniach, opuściwszy 231 skutków dobroci niebios, które Zbawiciel za przyczyną bł. Stanisława, u grobu jego, z ufnością żebrzącemu ludowi od roku 1489 do r. 1740 udzielać raczył. Jednym Bóg miłosierny, już konającym, życie przywrócił; drugich ciężką chorobą złożonych zdrowie ukrzepił; innych nieznośnym oczu kalectwem dotkniętych, wzrokiem obdarzył; a niebezpiecznie rodzące niewiasty szczęśliwie rozwiązał; uciskiem i zwaśnieniem znękanych zgodą i pokojem pocieszył; niszczące pożary poodwracał i przytłumił; rzeczy skradzione lub zgubione wyjawił.

–––––~~~~~~–––––


Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski Ś. T. Dr. Kan. Stróż Ś. Grobu Chrystusowego. Z ośmią rycinami. Kraków 1862, ss. 126-146.

Przypisy:
(1) Zakon xx. kanoników lateraneńskich wywodzi swój początek od pierwszego stulecia ery chrześcijańskiej, poświadczają to: Benedykt XII papież, w Constit. 6, quae incipit: "Propter decorem" mówiąc: "Zakon kanoników św. Augustyna według św. przepisów przez uczniów Chrystusowych, w początkach Kościoła ustanowiony, wielce poważamy i miłujemy", i Eugeniusz IV papież, w Tamborin, tom II. disput. 24. quaest. 4. n. 2. powiada: "Ten św. zakon po śś. apostołach najprzód ustanowił w aleksandryjskim kościele św. Marek, uczeń Piotra św. i był pierwszym jego przywódzcą; a chwalebny doktor Augustyn, biskup, napisał dla niego zbawienne prawidła i naukę". Wyraz kanonik, z greckiego pochodzi wyrazu: Κανών, i znaczy regułę, prawidło życia; a stąd wszyscy kanonicy, tak zakonni jako też świeccy są regularnymi kanonikami. Cap. canon. 1. Dist. 3. Consil. Colon. II. par. 3. cap. 4. Wiadomo z dziejów apostolskich: rozdz. II, w. 44 i r. IV, w. 32, że apostołowie i pierwsi chrześcijanie wiedli życie społeczne, przeto i Augustyn św. zostawszy w r. 395 hipońskim biskupem, założył zakon z kapłanów, diakonów i subdiakonów, którzy byli wpisani w matrykułę hipońskiego kościoła; z tymi więc zakonnikami prowadził życie według prawidła od śś. apostołów dla pierwszych chrześcijan w Jerozolimie ustanowionego. Czytaj żywot św. Augustyna, rok 395 przy Wyznań w r. 1847 wyd. Gdy w r. 431 Wandalowie całą zalali Numidię i Mauretanię w Afryce, duchowieństwo chrześcijańskie przeniosło się w r. 512 z Hippony na wyspę Sardynię, lecz gdy i tę wyspę owładnęli Saraceni, potem w r. 722 Luidprand król Lombardów sprowadził ciało św. Augustyna i zakonników z Sardynii do Tycynu do Włoch. Ale wcześniej jeszcze św. Leon I Wielki, papież, zaprowadził zakon kanoników regularnych Augustyna św. przy kościele św. Jana w Rzymie na Lateranie, pomiędzy r. 440 – 457, niedługo po śmierci Augustyna św. zmarłego w r. 430. Caesar Franciotti in hist. de Lucensi. edit. 1613. Od tego więc kościoła wzięli imię kanoników lateraneńskich, przy którym mieszkali aż do r. 1300. W tym roku Bonifacjusz VIII papież, ruszył ich od lateraneńskiego kościoła i przy nim zaprowadził świeckich kanoników; a Sykstus IV nadał kanonikom lateraneńskim konstytucje i postanowił, aby imię to: Lateranenses zatrzymali; wielkimi ich też obdarzył przywilejami i w jedno urządził zgromadzenie. Tych to kanoników Augustyna św. sprowadził z Rzymu od lateraneńskiego kościoła Mieczysław I, książę polski, niedługo po przyjęciu wiary św. w r. 966, i wystawił dla nich kościół w Trzemeśnie blisko Gniezna, i hojnie ich funduszami opatrzył. DŁUGOSZ ks. II, kar. 127 r. 1000. Władysław Jagiełło dokonawszy wspaniałej budowy kościoła i klasztoru przez Kazimierza Wielkiego zaczętej, sprowadził ich na Kazimierz w r. 1405 z Glaczu miasteczka w diecezji praskiej, na granicy czeskiej i śląskiej leżącego.

(2) Oby wszyscy wchodzący do zakonu lub do powołania świeckiego duchowieństwa, złożyli u drzwi świątyń Pańskich razem ze świecką suknią, światowe, a skażone obyczaje; lecz przeciwnie, wnoszą je z sobą do stanu duchownego i na nich iści się ten tekst Pisma świętego: "Sicut populus, sic sacerdos; jaki lud, taki i kapłan".

(3) Ps. 44, 14.

(4) Mt. r. 10, w. 9-10.

(5) Stanisław nie tylko sam pobożnie odprawiał Mszę św., lecz i drugich do nabożnego jej słuchania zachęcał; miał on w swej celi napisane te dwa wiersze:

Bardzo ten na zapłacie u Boga szwankuje,
Który Mszy nie dosłucha i precz odstępuje.

(6) List II do Tym. r. 3, w. 12.

(7) Mt. r. 5, w. 44.

(8) Psalm 38, w. 4.

(9) List do Galatów, rozdz. 6, w. 14.

(10) List do Rzymian, rozdz. 14, w. 17.

(11) List Jana św. I, rozdz. 4, w. 16.

(12) Ps. 74, w. 3.

(13) Dzieje Apostolskie r. 20, w. 32.

(14) Tu rozróżnić należy cześć z uczucia szacunku dla zasługi i cnoty pochodzącą, a zmarłemu oddaną, od próżnej ciekawości, która bardzo często wywodzi powszechność na wynosiny ciała bogaczów. Przychodzi tam wielki lud, nie przeto, by uczcić zmarłego, ale by się przypatrzyć szumnej i wystawnej okazałości pogrzebu, jak wieść niesie: Dum moritur dives, undique concurrunt cives; dum moritur pauper, vix venit unus aut alter.